Blog Kacpra Strykowskiego. O emocjach piłkarskich...







Odwiedzin na blogu:

web stats stat24
Kategorie: Wszystkie | Kiedyś było politycznie, | Prywatnie | Sportowo
RSS
wtorek, 01 września 2009
Ułamek sekundy - to koniec?
Kiedy mając sześć lat zaczynasz działać w danej dziedzinie mając co ranek perspektywę dorosłej, dumnej i bohaterskiej przyszłości, cokolwiek wykonujesz, robisz to z maksymalnym poświęceniem, chęcią dopięcia swego i osiągnięcia końcowego sukcesu. Masz sześć lat.

Ktoś kto zawsze był przy tobie, korygował twoje zapędy, mówił i pomagał w ćwiczeniach, pilnował przy tym wszystkim, by codzienna praca nigdy ci się nie znudziła, byś każdego dnia rozpoczynał na nowo przygodę dla siebie bezcenną.

I udało mu się. Po wielu już latach codziennych treningów, ćwiczeń, które były dla ciebie poświęceniem nie tylko wieczorów z kumplami przy piwku, ale całej, szeroko rozumianej prywatności, w końcu stajesz się osobą, która może o sobie powiedzieć: „Tak, odniosłem sukces”.

Wielu cię wyróżniło, wielu dostrzegło. Piąłeś się go góry w zawodowej hierarchii. Byłeś spełniony, a jednocześnie ciągle pragnąłeś więcej. I lata ciężkiej, konsekwentnej pracy doprowadziły do tego, że udało ci się – jesteś na szczycie.

I nadchodzi bez zapowiedzi chwila, ułamek sekundy. Wszystko zapada się bezpowrotnie. Od szóstego roku życia pracujesz nad tym samym – by być ciągle lepszym. Ten moment sprawia, że wszystko idzie na marne. Dla ciebie to koniec.

30. sierpnia w meczu Belgijskiej Jupiler League pomiędzy Anderlechtem Bruksela a Standard Liege w 25. minucie doszło do starcia dwudziestoletniego Axela Witsela z reprezentantem Polski Marcinem Wasilewskim. Obrońca doznał otwartego złamania kości piszczelowej i strzałkowej.  Najbliższy rok spędzi na zabiegach rehabilitacyjnych. Pytanie, czy do zawodowego futbolu powróci, a jeśli tak, to w jakim stopniu uda mu się odbudować swój dotychczasowy poziom?

Podobny dramat przechodzili wielcy piłkarze tacy jak Henrik Larsson, Dijbril Cisse, Wilfred Bouma czy ten ostatni - Eduardo da Silva. Jego kontuzja była łudząco podobna do tej polskiego obrońcy. Chorwat musiał czekać na powrót do futbolu okrągły rok. Udało mu się, choć formy sprzed wypadku nie odzyskał. To już nie ten sam piłkarz. Problem tkwi bowiem w jego psychice. Eduardo dzisiaj boi się ostrych, zdecydowanych wejść, zarówno swoich, jak i przeciwnika. Wie bowiem doskonale jak może się to skończyć. Ponownie.

Wszyscy oczywiście trzymamy gorąco kciuki za Marcina Wasilewskiego. Był on zbyt ważną postacią w reprezentacyjnej kadrze, by można było o nim tak po prostu zapomnieć. Dzisiaj jednak należy oddać mu, co jego, oddać mu czas. Wierząc tylko i aż w człowieka, miejmy nadzieję, że Wasilewski godnie jeszcze zaprezentuje polską kadrę piłki nożnej. Teraz ponownie wszystko będzie w jego rękach.
środa, 22 lipca 2009
Niby nielubiana Wisła
Kolejny rok futbolowej wegetacji dla wszystkich polskich kibiców piłki nożnej. Wydawało się, że prostszej drogi do Ligi Mistrzów być już nie może. W II. rundzie eliminacji krakowska Wisła  pokonać miała nikomu nieznany estoński Levadia Tallin. W rewanżu poległa 0:1 i żegna się z rozgrywkami.

Zwycięstwo, które było dla całego wiślańskiego światka oczywistością umknęło, a raczej bezpardonowo zbiegło Polakom. Plasujący się na 159. pozycji w rankingu UEFA mistrz z Krakowa, uległ Estończykom, którzy są o dwieście oczek dalej! Żadna z tych lokat nie imponuje. Wskazują one raczej na jak bardzo odległych piłkarsko peryferiach przyszło nam kibicować. Gdyby nie systematycznie (nie)zdobywane punkty, krakowska Wisła powinna dziś znaleźć się na samiuśkim końcu tej listy. Tam, gdzie na nazwy nic nieznaczących klubów patrzy się z ironią i politowaniem.

Rokrocznie przegrywamy szansę na walkę pośród najlepszych. Liga Mistrzów z udziałem polskiego zespołu gościła po raz ostatni w polskim domu trzynaście lat temu! Dla kibiców mojego pokolenia jest to okres tak długi, że ówczesny Widzew Łódź można by uznać za nieistniejący. Trzynaście lat biedy i zazdrości, kiedy co chwila oglądamy pojedynki wielkich angielskich, hiszpańskich i włoskich klubów. Kraje liczebnie mniejsze, bądź porównywalne z Polską, potrafią produkować nie tylko potężne, piłkarskie spółki, które zwyczajnie na siebie zarabiają, ale przede wszystkim specjalistów, którzy te potęgi projektują, by później efektywnie je realizować. Sprawa tyczy się zarówno ujęcia pozornie mikro, czyli piłkarzy, którzy tyrając za futbolówką przez okrągłe 90. minut w sześćdziesięciu meczach na sezon, wypracowują systematycznie osiągany sukces, ale i w skali makro, czyli zarówno podłoża merytorycznego (trenerzy, taktycy, organizatorzy, a nawet fizjoterapeuci), jak i przygotowania infrastrukturalnego, bo europejskie ośrodki szkoleniowe, punkty odnowy biologicznej i stadiony są najlepiej wyspecjalizowane, szczególnie gdy idzie o piłkę kopaną.

Ale to wszystko Europa Zachodnia, państwa nieskażone tyrańskim socjalizmem w ostatnim półwieczu. Niestety, dzisiejsza, polska rzeczywistość wskazuje standardy zgoła odmienne. O braku sportowego zaplecza napisano już wystarczająco, są to zresztą oczywistości, których nie ma sensu dziś po raz kolejny przy okazji porażki polskiego klubu powtarzać. Każdy, choć w najmniejszym stopniu futbolem zainteresowany kibic, ma świadomość, iż kluby nie posiadają stadionów, odpowiednich boisk treningowych, że przychodzi im ćwiczyć w warunkach, które zamiast zachęcać, wypleniają wszelką chęć i zapał do uprawiania każdego sportu. Ten młodzieńczy zapał wypala również brak większych - choć w naszym przypadku wypadałoby raczej pisać o jakichkolwiek – sukcesów.

Prześledźmy pokrótce epizody w których polski klub bryzgał się w iście europejskich pojedynkach. Kiedy w 1992 roku powstała funkcjonująca do dziś Liga Mistrzów, Polskę reprezentował Lech Poznań. W pierwszej rundzie eliminacyjnej pokonał co prawda łotewskiego malucha z Rygi, ale już w drugiej rundzie dwukrotnie przegrywał ze szwedzkim Goeteborgiem. Podobnie było w roku następnym i kolejnym, choć tam walczyła już Legia Warszawa. Dopiero w sezonie 95/96 udało jej się awansować do fazy grupowej LM. Tamta historia do dnia dzisiejszego jest największym osiągnięciem polskiego futbolu w rozgrywkach grupowych, bo choć w rok później awansował do fazy grupowej Widzew Łódź, jego występy nie były już tak udane. Legia wyszła z grupy upadając dopiero w ćwierćfinale, w dwumeczu z greckim Panathinaikosem.

Od grupowych występów łodzian, czyli roku '96, polski kibic nie pocieszył oka grą polskiej ekipy na tym jakże renomowanym turnieju. Bywało blisko, chociażby w 2005 roku, kiedy to dwie minuty dzieliły Wisłę Kraków od fazy grupowej. W trzeciej rundzie eliminacji, w dogrywce, Wiślacy dali sobie strzelić czwartą bramkę, która pogrążyła całą Polskę totalnie. To był koniec nadziei dla wszystkich kibiców, nie tylko tych krakowskich. Głód polskiego akcentu w LM był bowiem niewyobrażalny.

Wówczas coś pękło. Wszyscy zawiedli się tak bardzo, że ze znacznie już mniejszym zainteresowaniem spoglądali na próby dostania się do europejskiej piłki przez Polaków. W 2007 roku Legię wyeliminował doceniany już Szachtar Donieck. Dzisiaj krakowski zespół po raz kolejny zawiódł tak bardzo, że żal właściwie to komentować. Pochylili się nieliczni nazywając to wydarzenie skandalem i tragedią. Ta fatalna porażka z estońskim Levadia Tallin, najprawdopodobniej okaże się również zapoczątkowaniem czegoś nowego w krakowskiej Wiśle. Właściciel klubu, p.Bogusław Cupiał, prawdopodobnie wysprzeda większość przegranej kadry wraz ze sztabem trenerskim i zarządcami, którzy nie byli w stanie przez kilka ostatnich lat wprowadzić klubu do fazy grupowej piłkarskiej Ligi Mistrzów.

Choć - jak wyżej napisałem – mniejsze jest już zainteresowanie próbami dostania się do piłkarskiej Europy przez kibiców, wciąż pozostaje grupa, która stale towarzyszy swojej ekipie. Są również tacy, którzy niespecjalnie zajmując się piłką na co dzień, przy okazji eliminacyjnej próby ożywiają się i kibicują każdemu, kto reprezentuje naszą, polską piłkę – jaka by ona nie była. Ponad klubowymi podziałami. Bo niby nielubiana w Mielcu Wisła Kraków, której Stal sympatyzuje z tamtejszą Cracovią, ponosi porażkę również i tu, w mieście, w którym niegdyś gościły europejskie rozgrywki. Podobnie zresztą we wszystkich polskich miastach, gdzie ze zróżnicowaną skalą porażka polskiego zespołu boli. Właśnie to poczucie polskości, które towarzyszy nam wszystkim sprawia, że wróg nie wróg, szkoda, bo Polakom znów się nie udało.
czwartek, 11 grudnia 2008
Trener na pięć minut
Balonik znów pękł w Madrycie. Zarząd jednego z największych klubów piłkarskich na świecie podjął decyzję, by rozwiązać umowę z Barndem Schusterem, który do wczoraj pozostawał siódmym  (7!) trenerem Realu w przeciągu czterech lat. Od wczoraj Real Madryt ma ósmego.

Trenerska historia najnowsza w Madrycie to materiał na niejedną książkę. Ostatnim, który na okres dłuższy niż dwa lata zasiadł na ławce trenerskiej był Vicente Del Bosque, a pracował on na Santiago Bernabeu w latach 1999-2003. Więc kiedy nadeszła w Realu era prezesa Florentino Pereza, trwał on dzielnie na stanowisku podporządkowując się idei budowy drużyny galaktycznej. Trudno się zresztą dziwić - któż nie chciałby mieć na tamte czasy zawodników takich jak Zidane, Ronaldo czy Beckham. Jednak kiedy Bosque zaczął przegrywać, a wielcy piłkarze niekoniecznie dogadywali się na boisku, Perez rozpoczął madrycką modę, która trwa do dziś – modę na zmianę trenera. I tak kolejno zatrudniani Queiroz, Camacho, Remon, Luxemburgo, Caro, Capello i Schuster robili dobre wrażenie tylko na początku, zresztą tylko po to, by chwilę później stać się twórcą szeregu porażek. Zmieniali się również prezesi, jednak pomysł na prowadzenie galaktycznych się nie zmieniał – za porażki odpowiada przede wszystkim trener, bo znakomici piłkarze nie zapomnieli nagle jak grać w futbol. Każdy kolejny szkoleniowiec dawał nadzieję na to, że tym razem to już będzie na pewno dobrze i że  zostanie na dłużej. Każdy kolejny był jednak pod tym względem przegranym. A nie wiadomo dlaczego, przecież na to stanowisko nikt z przypadku nie trafiał, a zarządzać najlepszymi zawodnikami na świecie to chyba nie największa filozofia. Ich bowiem nie trzeba już niczego uczyć. Nie oszukujmy się, zawodnicy grający w barwach klubów takich jak Real, są zawodowcami pełnymi, piłkarzami, którzy potrafią z futbolówką zrobić właściwie wszystko. Kwestia jedynie z znalezieniu złotego klucza gry, który połączy wszystkie te gwiazdy w jeden team. Niemożliwe?

W ostatnich latach zdawało by się, że idea budowania galaktycznych drużyn się wypaliła. Przede wszystkim właśnie Real pokazał światu, że sprawdzanie najznakomitszych boiskowych magów nie gwarantuje sukcesu, przeciwnie: stwarza problemy natury mentalnej i psychologicznej. Bo gdy zatrudniasz zawodników wybitnych, czołowe nazwiska światowej piłki, płacisz im milionami euro za sezon – masz prawo oczekiwać sukcesu, utwierdzasz się wręcz w przekonaniu, że ci ludzie sukces niejako gwarantują. Każdy z nich coś już osiągnął, wszyscy wyróżniali się na duży plus, więc jeśli postawisz ich razem, okażą się niepokonaną machiną do strzelania bramek. Chciałby tak zarówno Perez, Abramowicz, Berlusconi czy Al-Fahimro. Ale inna jest polityka klubowa względem piłkarza za którego wyłożyło się trzydzieści milionów euro, a inna wobec wychowanka, który ciężką pracą przedostał się z kadry C. do pierwszej drużyny. Temu pierwszemu wybacza się przewinienia, dla początkującej gwiazdki wyrozumienia już brakuje.

Gdy w lipcu ubiegłego roku na Santiago przybył twórca sukcesu Getafe CF, Niemiec Bernd Schuster, kibice ponownie zawierzyli: ten to już nie jest gwiazdorem, ten to rzemieślnik, on w cieniu pracował będzie na sukces Realu, a sukces przybędzie wraz z jego niemiecką ambicją. I rzeczywiście Real zaczął grać ładniej. Właśnie ładna gra, którą prezentowała w tamtym czasie Barcelona, a więc przeciwnik numer 1. madryckiej potęgi, była priorytetem Ramona Calderon Ramosa, prezesa Realu. Zdaje się to niecodzienne i słusznie, bo najwyższym celem powinno być zwycięstwo, styl to drugi plan. Ale poprzednik Niemca, Fabio Capello jest dowodem na to, że zwyciężać brzydko nie wolno – po tym jak zdobył tytuł mistrza Hiszpanii... został zwolniony. Bo Real faktycznie grał za jego miesięcy brzydką piłkę, a kiedy neutralny, europejski kibic futbolu zachwycał się boiskową magią Barcy, to właśnie po jej stronie stawał. Styl w jakim Getafe pod wodzą Schustera doszło do finału Pucharu Króla w roku 2007 i 08, oraz do ćwierćfinału Pucharu UEFA, w istocie był imponujący. Getafe stworzyło coś, z niczego. Praca podobna do tej, którą jeszcze kilka lat temu żmudnie wykonywał w Sewilli Juande Ramos, a więc sukces bez wielkich, milionowych transferów. Ale Schuster mógł przewidzieć, że w Realu nie dostanie tyle czasu co w Getafe na spokojne budowanie scalonej ekipy.

Niemiec mimo że dobrze rozpoczął przygodę na Bernabeu, to z biegiem uciekającego, sezonowego okresu zaczął punkty tracić. A że w kiepskim stylu przegrał na własnym stadionie z Sewillą, tracąc cztery bramki... Calderon powiedział: dość! Schustera odsunął, zatrudnił wspomnianego Ramosa Juande. Szkoleniowiec to wybitny bez wątpienia. Jeden z najlepszych aktywnych zawodowo trenerów hiszpańskich, wyróżnił się na arenie międzynarodowej głównie dzięki znakomitym występom „jego” Sewilli w Pucharze UEFA. Andaluzyjczycy wygrali ten puchar dwukrotnie z rzędu, grając na nosie opisanym wyżej zwolennikom topienia w klub banknotowych milionów. Bo choć skład Sewilli również wiele był wart, to nikt wielkich pieniędzy za nich nie płacił. Dobrze zapowiadający się piłkarze zostali sprowadzeni do klubu. Pomogli im świetni wychowankowie, a wszyscy razem zgrali się na tyle dobrze, by ogrywać Reale, Barcelony czy inne Espanyole. Zresztą zjawisko sukcesu Sewilli było swego czasu tematem przodującym w mediach. Ta ekipa pojawiła się znikąd, a grała dojrzale i pięknie jak championski weteran. Dwa europejskie tytuły i uzasadniona walka o tytuł hiszpańskiego mistrza ligi wypromowała zarówno trenera, jak i zawodników – chociażby Daniela Alvesa o którego walczyły potęgi świata, a którego wzięła ostatecznie Barcelona. Piękny, andaluzyjski sen nie trwał jednak zbyt długo. Po tragicznej śmierci obrońcy Antonio Puerty w sierpniu 2007 coś w Sewilli pękło. Nie była to już ta sama drużyna, choć nadal prezentowała się przyzwoicie. Chwilowe zawirowania okazały się jednak zbyt trudne dla szkoleniowca, który otrzymawszy propozycję poprowadzenia angielskiego Tottenhamu, zostawił Sewillę w środku ciężkiego sezonu. Dziś zapewne jego decyzja byłaby inna, bowiem po roku spędzonym w Anglii nie zrobił choćby najmniejszego kroku do przodu. „Spursi”, którzy mieli walczyć o miejsce w pierwszej czwórce Premier League, zaczęli walczyć o utrzymanie się w lidze. „Pięć minut” Ramosa w Anglii dobiegło końca.

Ale jego trenerski autorytet nie uległ pomniejszeniu. Szczególnie w rodzimej Hiszpanii, gdzie zaraz po zwolnieniu otrzymał propozycję z wielkiego Realu Madryt. Z oferty oczywiście skorzystał w imię powiedzenia, że Realowi się nie odmawia. Już wczoraj zadebiutował, od razu w Lidze Mistrzów w której Królewscy mają już awans z grupy zapewniony. Na „dzień dobry” Juande pokonał Zenit Sankt Petersburg 3:0.

Mnie jednak poważnie zastanawia, czy Ramos jest najlepszym kandydatem na stanowisko trenerskie akurat Realu. Szkoleniowiec to choć wybitny, to potrzebujący czasu do budowy zgranego, kompletnego teamu. W Madrycie Juande dostanie z pewnością wszystko... właśnie prócz czasu. Kontrakt podpisał jedynie do czerwca 2009, co już daje pretekst do równie szybkiego zakończenia, co rozpoczęcia z nim współpracy. Ponadto pisze się o jego dość dużej nieustępliwości, co w zderzeniu z gwiazdami Realu może doprowadzić do wybuchu wewnętrznych konfliktów. Bo jeśli Real nie zacznie od jutra zwyciężać mecz za meczem z iście galaktycznym kunsztem, konflikt i tak jest nieunikniony.
wtorek, 25 listopada 2008
Transferowy nie-hit
Chociaż mocno sceptyczny, to jednak z lekkim zapałem chciałem pisać o być może jednym z największych transferowych hitów z udziałem Polaka. Już sam wstęp brzmi nieprawdopodobnie, a jeśli nawet byłoby to prawdą, to pewnie chodzi o Boruca.

A jednak nie. Sprawa nie dotyczy również żadnego polskiego bramkarza, co sprawia, że marzenie o wielkim transferze staje się wyjątkowo naiwne. Polski zawodnik z pola w klubowej potędze? Tak i nie jednocześnie. Pisać rzeczywiście chciałem o zapowiadanym transferze, ale zanim wziąłem się do pracy okazało się oczywiście, że to zwykła, tania plotka. Plotka o tyle dziwna, że wzbudzająca emocje tylko w Polsce, podczas gdy wybuchła we Włoszech. A szkoda wielka, że okazała się tabloidowym zmyślunkiem, bo głodny kibic chciałby zobaczyć Jakuba Wawrzyniaka grającego w czarno białej koszulce Juventusu Turyn.

Lewy obrońca Legii Warszawa, wychowanek Świcia Nowy Dwór Mazowiecki miałby przejść do trzeciej drużyny Serie A za bagatela 8 mln euro. W całej historii jest nuta prawdy: Juve rzeczywiście poszukuje kogoś na lewą obronę. Wszystko co przeczytamy dalej we włoskim „Leggo” jest już niestety informacją wyssaną z palca. Ale od początku.

Dzisiejsze wydanie gazety „Leggo” donosi, jakoby sztabowcy „Starej damy” uważnie obserwowali Jakuba Wawrzyniaka, obrońcę Legii Warszawa, który przygotowaniami do Euro 2008 zapracował sobie na praktycznie pewne miejsce w polskiej reprezentacji Beenhakkera. Zawodnik w istocie wyróżniał się w tamtych przygotowaniach, stosunkowo równą formą w późniejszych sprawdzianach udowadniał również, że stawiać na niego warto. W ostatnim meczu reprezentacji miał jednak spore problemy z upilnowaniem prawego, irlandzkiego skrzydła Damiena Duffa. Były gracz Chelsea jest piekielnie szybki, więc Wawrzyniak co rusz to zostawał w tyle. Niemniej po zakończeniu, bądź też uśpieniu wspaniałej historii pt. „Grzegorz Bronowicki”, Wawrzyniak status u selekcjonera na lewej obronie ma dodatni i wygląda na to, że jest on niejako przyszłością reprezentacji. Z tym, że polska reprezentacja niekoniecznie musi być odzwierciedleniem faktycznie światowego poziomu, a o czym przekonywaliśmy się niejednokrotnie – istotnie takim obrazem nie jest. Powstaje więc pytanie, czy nawet gdyby Wawrzyniak w reprezentacji brylował jak nie-Polak, byłby materiałem kuszącym dla speców z Stadio Delle Alpi. Bo gdyby brylował zarówno w reprezentacji jak i lidze, dodatkowo brylował na skale oszałamiającą (patrz Dani Alves – podobna pozycja), to kandydatem do założenia koszulki „Starej damy” i nie tylko, byłby bez wątpienia. Tylko że realia są nieco inne niż byśmy sobie tego życzyli my, a i z pewnością sam zainteresowany. Wawrzyniak nie jest póki co zawodnikiem realizującym dzisiejsze chciało by się napisać fundamentalne standardy bocznego obrońcy. Wawrzyniak nie jest królem całej lewej linii, Wawrzyniak nie sprintuje od jednego do drugiego końca boiska, Wawrzyniak nie broni i zaraz potem strzela, Wawrzyniak nie...

Ale Legii wystarcza, zdecydowanie. Chociaż, być może powinien podzielić losy milionów i wyjechać za chlebem (i tu dodatkowo sławą) za granicę, by w nieco bardziej niż „Stołeczni” klubie rozwijać się, rozwijać, rozwijać... a wtedy to kto wie jaki Juventus go zechce.

Zabawny pokazał się kontrast we włoskich mediach w przeciągu jednego dnia, właściwie kilku godzin. Rozpoczęło się oczywiście od tabloidowej sensacji, której bohaterem okazał się (dla Włochów) Pan Nikt, a skończyło na szczerym wywiadzie z Massimo Franchim z "Tuttosport", która to gazeta jest już znacznie bardziej merytorycznym i wiarygodnym wydaniem sportowych publikacji. Franchi w kraju znad półwyspu Apenińskiego uważany jest za prawdziwego eksperta, bądź jak kto woli – gościa, który w swojej dziedzinie wie wszystko. Kiedy skontaktowali się z nim polscy dziennikarze chcąc zweryfikować informacje dotyczącą reprezentanta Polski okazało się, że „Wawrzyniak” to słowo, to nazwisko, które turyński ekspert słyszy po raz pierwszy w życiu. A nie oszukujmy się, że Juventus prowadziłby tak utajnione rozmowy z Legią, jak gdyby piłkarz był gwiazdą formatu brazylijskich magów. Massimo Franchiego zresztą nieźle rozbawiła cała historia. Kilkakrotnie prosił o powtórzenie nazwiska, by mieć pewność o kogo chodzi. A że chodziło o „Nikogo”, bawił się świetnie podsumowując, że to niezrozumiała dla niego bajka. Tabloid „Leggo” słynie zaś z tego typu nowinek z tym że, dotychczas były to „sensacje” dotyczące wielkich gwiazd, nie anonimowego obrońcy Warszawy.

A ja naprawdę chciałem pisać o historycznym przełomie, o transferze, który miałby spore szanse napompować polską, piłkarską dumę, której dzisiaj u nas nie zna chyba nikt. By do grona bramkarskich specjalistów i wyjątku w postaci Kuby Błaszczykowskiego dołączył Wawrzyniak nie strzelający bramki, ale żmudnie rozbijający ataki interowskich, romowskich i milanowskich półbogów. Przynajmniej presja mniejsza – wystarczy niczego nie spieprzyć, a już cie pochwalą.
czwartek, 30 października 2008
Przychodzi Lato... a tu jesień


Wielki zjazd, walne zgromadzenie: szlachta przybyła by debatować nad przyszłością polskiego sportu piłki kopanej, by namaścić nowego króla, władcę, który wiernie służył będzie przez lat następnych... dekadę.

O tym zjeździe mówiło się już od dawna. Temat konferencji wyjaśniającej wszystkie patologiczne zaszłości w PZPN, żywy jest od lat, jednak przez te wszystkie lata opinia publiczna mamiona była raczej kolejnymi obietnicami dotychczasowego prezesa Michała Listkiewicza. A mówił, obiecywał on wiele. Zastanawiałem się, jakie wypowiedzi tu przytoczyć, jakie opinie i wymówki wraz z datami. Istotnie można by stworzyć tomik subiektywnych prawd p.Listkiewicza, kontrując je zaraz datowaniem i wyjawianiem następujących po sobie faktów. Bo rzeczywistość prezesa była i jest rzeczywistością kompletnie odmienną od ogólnej – dziennikarskiej, publicznej, społecznej, czy nawet rządowej. Faktycznie, większość nie zawsze musi mieć rację, ale czy w winy działaczy, struktur budowanych na zasadzie kolesiostwa od podszewki, ktoś dzisiaj jeszcze nie wierzy? Czy jest osoba, która znając dzisiejsze fakty chociażby z samego korupcyjnego światka piłkarskiego, powiedziałaby to, co mówił jeszcze nie tak dawno sam prezes, że pojedyncze przypadki korupcji to czarne owce, to wyjątki i pojedyncze persony, co do których „miano wątpliwości od dawna”. Nie znajdziemy nikogo, bo już sam rzecznik prasowy (już były) Zdzisław Koźmiński, przyznał niedawno publicznie, że jeśli PZPN powinien za coś przeprosić, to za fakt, iż nie zdawał sobie sprawy ze skali tego procederu. Ładnie prawda?

I zależy od interpretacji tych słów, jak bardzo wprowadzają one w szał emocji negatywnych. Kogoś oburzy to, że nikt nie śmie wziąć na barki odpowiedzialności, że osoba, która prowadziła ten wózek przez dziewięć lat nie ma odwagi powiedzieć: dużo było złego, wiem. Że rzecznik odpowiadając na medialne ataki przeciwników chwyta się brzytwy, a uciekając do osobistych wycieczek pleno titulo  rozmówców traci klasę nie tyle swoją, co całej instytucji którą reprezentuje. Można się burzyć wielce i znów zakrzyczeć: dość! Myślę, że w imieniu całkiem sporej części społeczeństwa wypowiedział się niedawno w telewizyjnej debacie poseł Janusz Palikot, który choć uważany za kontrowersyjnego, czasem śmiesznego posła, który lubi przesadzać, tym razem pokazał swą ludzką twarz. Pokazał się od strony przeciętnego obywatela, kibica, który chciałby patrzeć na normalny związek, który walczy o dobro polskiej piłki, a nie gotów jest ojczyźniane boiska sprzedać, byle w międzynarodówce złapać posadę. - „Najbardziej wkurzyło mnie, że Listkiewicz, Polak, załatwia ze swoimi kolegami z FIFA i UEFA szantażowanie Polski jeśli naruszy się tylko jego status quo. To rodzaj zdrady narodowej, szlag mnie trafił” – Ten sam szlag trafia dzisiaj myślę każdego, komu zależy choć trochę na budowie zdrowego sportu i zdrowych struktur, a który widzi jak łatwo i bezpardonowo można opinii publicznej grać na nosie.

Do wyścigu o fotel prezesa przystąpiło czterech kandydatów. Wszyscy chcieli kreować od pierwszego dnia swej prezesury wizerunek nowego związku,  świeżości, która wprowadzi ład, skład i porządek. Zniknąć miała oczywiście korupcja, wszelkie zresztą przejawy nielegalnej działalności. Nowy prezes – niezależnie od nazwiska – chciał rozpocząć pisanie na nowej stronie, chciał grubą kreską oddzielić „wczoraj”, od „dzisiaj”. Problem w tym, że o tej samej grubej kresce mówi co rusz Zdzisław Koźmiński, czyli typowy reprezentant dotychczasowych układów. W jego pierwszorzędnym interesie leży przecież wypchanie niewygodnych faktów na margines publicznej debaty. Gdy ktoś wraca do tematu korupcji, plagi jaka miała (ma?) miejsce w polskiej piłce, ten burzy się niepojęcie mówiąc: to już było, trzeba zapomnieć, trzeba budować od nowa i kreską odgrodzić. Tymczasem by wyzbyć się czegoś zupełnie, trzeba to najpierw poznać i nazwać, a ludzie  tworzący patologiczną rzeczywistość powinni za to odpowiedzieć. Inaczej wyobraża to sobie stara ekipa, która wolałaby puścić w niepamięć, a zbrodnie najlepiej oskarżyć, że poczyniły się same.

Gdy o kresce i nowości mówi zarówno reprezentant sprawujących władze jak i potencjalnych kandydatów do jej późniejszego sprawowania – to daje do myślenia. Nie wiem jak Państwu, ale mi pierwsze nasuwające się w tej sytuacji pytanie brzmi: czym różnią się kandydaci pomiędzy sobą, a i co ich dzieli z dotychczasowymi działaczami. Problem, który spokojnie moglibyśmy odnieść do centralnej polityki państwowej, odnosi się również do samego związku. Bo Grzegorz Lato, Zdzisław Kręcina czy Tomasz Jagodziński różnią się od siebie... wcale. Choć ten ostatni pezetpeenowskie wpływy miał akurat najmniejsze. Można więc rozstrzygać kto pośród dwóch miał bardziej wpływowy status pośród wszechobecnego układu, mianowicie: kto miał większy wpływ na prezesa Listkiewicza? Na to pytanie odpowiedź znaleźć nietrudno. Proszę mi tylko podać pierwsze po Listkiewiczu nazwisko, kojarzące się z „układem” w PZPN?

Lato, Lato Grzegorz – zwyciężył

Nie wiem w jakim stopniu na poważnie czytają Państwo teorie spiskowe, które są takim motorem napędowym do kreowania układów, ja również nie jestem jakimś fanatycznym ich zwolennikiem, jednak dyskutując z wieloma osobami, czytając o piłkarskiej rzeczywistości od kilku już lat, jest to w moim odczuciu najbardziej odpowiednie określenie. Określenie dodajmy tak szczelnie zamykające drzwi do jakiejkolwiek naprawy, że gdy nie jesteś prominentem sportu czy polityki, nie możesz zrobić nic. Bo ile przypadków zna historia, kiedy wielki układ udało się rozbić? To były krwawe rewolucje, której nie chcielibyśmy przecież doświadczyć biorąc pod uwagę, że krwawa oznacza dla nas wykluczającą ze struktur europejskich federacji piłkarskich. A cena oddania wszystkich eliminacji, udziału w wielkich imprezach, a przede wszystkich organizacji Euro12 jest chyba zbyt wysoka, nawet gdy idzie o oczyszczenie polskich, patologicznych realiów.

Ostateczny triumf w wyścigu odniósł mielczanin Grzegorz Lato 57-ma głosami. Wiadomość ta – podejrzewam – nie zostanie przez media przyjęta optymistycznie. Najbardziej jest on bowiem znany jako Król strzelców z '74 roku, jako wybitny piłkarz, reprezentant polskiej reprezentacji i żywa legenda mieleckiej Stali. Zaraz po tym kojarzony jako najlepszy przyjaciel... Michała Listkiewicza. Właśnie dlatego opinia publiczna już jutro ogłosi, że w PZPN nie zmieni się nic, że te wybory wcale nie okazały się przełomem, nową jakością na jaką liczono, a jedynie kontynuacją właśnie układu. Sam Lato ogłasza coś zupełnie innego: budowa nowej siedziby PZPN, zmiana zasad zarządzania związkiem na bardziej przejrzyste, związek bardziej przyjazny dla działaczy (?), zmiany w prawach związkowych, zmiana wizerunku środowiska sędziowskiego itd. Wiele tu zmian, czy może tylko pustych, peerowskich sloganów? Okaże się nie wcześniej, niż za rok. Właśnie po roku swej prezesury obiecał prezes Lato trzeźwym okiem przyjrzeć się realiom i stwierdzić: ile można tu zrobić? Jeśli niewiele – rozpisze wybory, samemu spisując się na kolejną zawodową porażko-katastrofę.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22