Blog Kacpra Strykowskiego. O emocjach piłkarskich...







Odwiedzin na blogu:

web stats stat24
Blog > Komentarze do wpisu
Niby nielubiana Wisła
Kolejny rok futbolowej wegetacji dla wszystkich polskich kibiców piłki nożnej. Wydawało się, że prostszej drogi do Ligi Mistrzów być już nie może. W II. rundzie eliminacji krakowska Wisła  pokonać miała nikomu nieznany estoński Levadia Tallin. W rewanżu poległa 0:1 i żegna się z rozgrywkami.

Zwycięstwo, które było dla całego wiślańskiego światka oczywistością umknęło, a raczej bezpardonowo zbiegło Polakom. Plasujący się na 159. pozycji w rankingu UEFA mistrz z Krakowa, uległ Estończykom, którzy są o dwieście oczek dalej! Żadna z tych lokat nie imponuje. Wskazują one raczej na jak bardzo odległych piłkarsko peryferiach przyszło nam kibicować. Gdyby nie systematycznie (nie)zdobywane punkty, krakowska Wisła powinna dziś znaleźć się na samiuśkim końcu tej listy. Tam, gdzie na nazwy nic nieznaczących klubów patrzy się z ironią i politowaniem.

Rokrocznie przegrywamy szansę na walkę pośród najlepszych. Liga Mistrzów z udziałem polskiego zespołu gościła po raz ostatni w polskim domu trzynaście lat temu! Dla kibiców mojego pokolenia jest to okres tak długi, że ówczesny Widzew Łódź można by uznać za nieistniejący. Trzynaście lat biedy i zazdrości, kiedy co chwila oglądamy pojedynki wielkich angielskich, hiszpańskich i włoskich klubów. Kraje liczebnie mniejsze, bądź porównywalne z Polską, potrafią produkować nie tylko potężne, piłkarskie spółki, które zwyczajnie na siebie zarabiają, ale przede wszystkim specjalistów, którzy te potęgi projektują, by później efektywnie je realizować. Sprawa tyczy się zarówno ujęcia pozornie mikro, czyli piłkarzy, którzy tyrając za futbolówką przez okrągłe 90. minut w sześćdziesięciu meczach na sezon, wypracowują systematycznie osiągany sukces, ale i w skali makro, czyli zarówno podłoża merytorycznego (trenerzy, taktycy, organizatorzy, a nawet fizjoterapeuci), jak i przygotowania infrastrukturalnego, bo europejskie ośrodki szkoleniowe, punkty odnowy biologicznej i stadiony są najlepiej wyspecjalizowane, szczególnie gdy idzie o piłkę kopaną.

Ale to wszystko Europa Zachodnia, państwa nieskażone tyrańskim socjalizmem w ostatnim półwieczu. Niestety, dzisiejsza, polska rzeczywistość wskazuje standardy zgoła odmienne. O braku sportowego zaplecza napisano już wystarczająco, są to zresztą oczywistości, których nie ma sensu dziś po raz kolejny przy okazji porażki polskiego klubu powtarzać. Każdy, choć w najmniejszym stopniu futbolem zainteresowany kibic, ma świadomość, iż kluby nie posiadają stadionów, odpowiednich boisk treningowych, że przychodzi im ćwiczyć w warunkach, które zamiast zachęcać, wypleniają wszelką chęć i zapał do uprawiania każdego sportu. Ten młodzieńczy zapał wypala również brak większych - choć w naszym przypadku wypadałoby raczej pisać o jakichkolwiek – sukcesów.

Prześledźmy pokrótce epizody w których polski klub bryzgał się w iście europejskich pojedynkach. Kiedy w 1992 roku powstała funkcjonująca do dziś Liga Mistrzów, Polskę reprezentował Lech Poznań. W pierwszej rundzie eliminacyjnej pokonał co prawda łotewskiego malucha z Rygi, ale już w drugiej rundzie dwukrotnie przegrywał ze szwedzkim Goeteborgiem. Podobnie było w roku następnym i kolejnym, choć tam walczyła już Legia Warszawa. Dopiero w sezonie 95/96 udało jej się awansować do fazy grupowej LM. Tamta historia do dnia dzisiejszego jest największym osiągnięciem polskiego futbolu w rozgrywkach grupowych, bo choć w rok później awansował do fazy grupowej Widzew Łódź, jego występy nie były już tak udane. Legia wyszła z grupy upadając dopiero w ćwierćfinale, w dwumeczu z greckim Panathinaikosem.

Od grupowych występów łodzian, czyli roku '96, polski kibic nie pocieszył oka grą polskiej ekipy na tym jakże renomowanym turnieju. Bywało blisko, chociażby w 2005 roku, kiedy to dwie minuty dzieliły Wisłę Kraków od fazy grupowej. W trzeciej rundzie eliminacji, w dogrywce, Wiślacy dali sobie strzelić czwartą bramkę, która pogrążyła całą Polskę totalnie. To był koniec nadziei dla wszystkich kibiców, nie tylko tych krakowskich. Głód polskiego akcentu w LM był bowiem niewyobrażalny.

Wówczas coś pękło. Wszyscy zawiedli się tak bardzo, że ze znacznie już mniejszym zainteresowaniem spoglądali na próby dostania się do europejskiej piłki przez Polaków. W 2007 roku Legię wyeliminował doceniany już Szachtar Donieck. Dzisiaj krakowski zespół po raz kolejny zawiódł tak bardzo, że żal właściwie to komentować. Pochylili się nieliczni nazywając to wydarzenie skandalem i tragedią. Ta fatalna porażka z estońskim Levadia Tallin, najprawdopodobniej okaże się również zapoczątkowaniem czegoś nowego w krakowskiej Wiśle. Właściciel klubu, p.Bogusław Cupiał, prawdopodobnie wysprzeda większość przegranej kadry wraz ze sztabem trenerskim i zarządcami, którzy nie byli w stanie przez kilka ostatnich lat wprowadzić klubu do fazy grupowej piłkarskiej Ligi Mistrzów.

Choć - jak wyżej napisałem – mniejsze jest już zainteresowanie próbami dostania się do piłkarskiej Europy przez kibiców, wciąż pozostaje grupa, która stale towarzyszy swojej ekipie. Są również tacy, którzy niespecjalnie zajmując się piłką na co dzień, przy okazji eliminacyjnej próby ożywiają się i kibicują każdemu, kto reprezentuje naszą, polską piłkę – jaka by ona nie była. Ponad klubowymi podziałami. Bo niby nielubiana w Mielcu Wisła Kraków, której Stal sympatyzuje z tamtejszą Cracovią, ponosi porażkę również i tu, w mieście, w którym niegdyś gościły europejskie rozgrywki. Podobnie zresztą we wszystkich polskich miastach, gdzie ze zróżnicowaną skalą porażka polskiego zespołu boli. Właśnie to poczucie polskości, które towarzyszy nam wszystkim sprawia, że wróg nie wróg, szkoda, bo Polakom znów się nie udało.
środa, 22 lipca 2009, caspper
Komentarze
2010/01/12 19:11:02
jak widac troche sie obecnie w tym wzglednie zmienilo po paru miesiacach :)