Blog Kacpra Strykowskiego. O emocjach piłkarskich...







Odwiedzin na blogu:

web stats stat24
Blog > Komentarze do wpisu
Trener na pięć minut
Balonik znów pękł w Madrycie. Zarząd jednego z największych klubów piłkarskich na świecie podjął decyzję, by rozwiązać umowę z Barndem Schusterem, który do wczoraj pozostawał siódmym  (7!) trenerem Realu w przeciągu czterech lat. Od wczoraj Real Madryt ma ósmego.

Trenerska historia najnowsza w Madrycie to materiał na niejedną książkę. Ostatnim, który na okres dłuższy niż dwa lata zasiadł na ławce trenerskiej był Vicente Del Bosque, a pracował on na Santiago Bernabeu w latach 1999-2003. Więc kiedy nadeszła w Realu era prezesa Florentino Pereza, trwał on dzielnie na stanowisku podporządkowując się idei budowy drużyny galaktycznej. Trudno się zresztą dziwić - któż nie chciałby mieć na tamte czasy zawodników takich jak Zidane, Ronaldo czy Beckham. Jednak kiedy Bosque zaczął przegrywać, a wielcy piłkarze niekoniecznie dogadywali się na boisku, Perez rozpoczął madrycką modę, która trwa do dziś – modę na zmianę trenera. I tak kolejno zatrudniani Queiroz, Camacho, Remon, Luxemburgo, Caro, Capello i Schuster robili dobre wrażenie tylko na początku, zresztą tylko po to, by chwilę później stać się twórcą szeregu porażek. Zmieniali się również prezesi, jednak pomysł na prowadzenie galaktycznych się nie zmieniał – za porażki odpowiada przede wszystkim trener, bo znakomici piłkarze nie zapomnieli nagle jak grać w futbol. Każdy kolejny szkoleniowiec dawał nadzieję na to, że tym razem to już będzie na pewno dobrze i że  zostanie na dłużej. Każdy kolejny był jednak pod tym względem przegranym. A nie wiadomo dlaczego, przecież na to stanowisko nikt z przypadku nie trafiał, a zarządzać najlepszymi zawodnikami na świecie to chyba nie największa filozofia. Ich bowiem nie trzeba już niczego uczyć. Nie oszukujmy się, zawodnicy grający w barwach klubów takich jak Real, są zawodowcami pełnymi, piłkarzami, którzy potrafią z futbolówką zrobić właściwie wszystko. Kwestia jedynie z znalezieniu złotego klucza gry, który połączy wszystkie te gwiazdy w jeden team. Niemożliwe?

W ostatnich latach zdawało by się, że idea budowania galaktycznych drużyn się wypaliła. Przede wszystkim właśnie Real pokazał światu, że sprawdzanie najznakomitszych boiskowych magów nie gwarantuje sukcesu, przeciwnie: stwarza problemy natury mentalnej i psychologicznej. Bo gdy zatrudniasz zawodników wybitnych, czołowe nazwiska światowej piłki, płacisz im milionami euro za sezon – masz prawo oczekiwać sukcesu, utwierdzasz się wręcz w przekonaniu, że ci ludzie sukces niejako gwarantują. Każdy z nich coś już osiągnął, wszyscy wyróżniali się na duży plus, więc jeśli postawisz ich razem, okażą się niepokonaną machiną do strzelania bramek. Chciałby tak zarówno Perez, Abramowicz, Berlusconi czy Al-Fahimro. Ale inna jest polityka klubowa względem piłkarza za którego wyłożyło się trzydzieści milionów euro, a inna wobec wychowanka, który ciężką pracą przedostał się z kadry C. do pierwszej drużyny. Temu pierwszemu wybacza się przewinienia, dla początkującej gwiazdki wyrozumienia już brakuje.

Gdy w lipcu ubiegłego roku na Santiago przybył twórca sukcesu Getafe CF, Niemiec Bernd Schuster, kibice ponownie zawierzyli: ten to już nie jest gwiazdorem, ten to rzemieślnik, on w cieniu pracował będzie na sukces Realu, a sukces przybędzie wraz z jego niemiecką ambicją. I rzeczywiście Real zaczął grać ładniej. Właśnie ładna gra, którą prezentowała w tamtym czasie Barcelona, a więc przeciwnik numer 1. madryckiej potęgi, była priorytetem Ramona Calderon Ramosa, prezesa Realu. Zdaje się to niecodzienne i słusznie, bo najwyższym celem powinno być zwycięstwo, styl to drugi plan. Ale poprzednik Niemca, Fabio Capello jest dowodem na to, że zwyciężać brzydko nie wolno – po tym jak zdobył tytuł mistrza Hiszpanii... został zwolniony. Bo Real faktycznie grał za jego miesięcy brzydką piłkę, a kiedy neutralny, europejski kibic futbolu zachwycał się boiskową magią Barcy, to właśnie po jej stronie stawał. Styl w jakim Getafe pod wodzą Schustera doszło do finału Pucharu Króla w roku 2007 i 08, oraz do ćwierćfinału Pucharu UEFA, w istocie był imponujący. Getafe stworzyło coś, z niczego. Praca podobna do tej, którą jeszcze kilka lat temu żmudnie wykonywał w Sewilli Juande Ramos, a więc sukces bez wielkich, milionowych transferów. Ale Schuster mógł przewidzieć, że w Realu nie dostanie tyle czasu co w Getafe na spokojne budowanie scalonej ekipy.

Niemiec mimo że dobrze rozpoczął przygodę na Bernabeu, to z biegiem uciekającego, sezonowego okresu zaczął punkty tracić. A że w kiepskim stylu przegrał na własnym stadionie z Sewillą, tracąc cztery bramki... Calderon powiedział: dość! Schustera odsunął, zatrudnił wspomnianego Ramosa Juande. Szkoleniowiec to wybitny bez wątpienia. Jeden z najlepszych aktywnych zawodowo trenerów hiszpańskich, wyróżnił się na arenie międzynarodowej głównie dzięki znakomitym występom „jego” Sewilli w Pucharze UEFA. Andaluzyjczycy wygrali ten puchar dwukrotnie z rzędu, grając na nosie opisanym wyżej zwolennikom topienia w klub banknotowych milionów. Bo choć skład Sewilli również wiele był wart, to nikt wielkich pieniędzy za nich nie płacił. Dobrze zapowiadający się piłkarze zostali sprowadzeni do klubu. Pomogli im świetni wychowankowie, a wszyscy razem zgrali się na tyle dobrze, by ogrywać Reale, Barcelony czy inne Espanyole. Zresztą zjawisko sukcesu Sewilli było swego czasu tematem przodującym w mediach. Ta ekipa pojawiła się znikąd, a grała dojrzale i pięknie jak championski weteran. Dwa europejskie tytuły i uzasadniona walka o tytuł hiszpańskiego mistrza ligi wypromowała zarówno trenera, jak i zawodników – chociażby Daniela Alvesa o którego walczyły potęgi świata, a którego wzięła ostatecznie Barcelona. Piękny, andaluzyjski sen nie trwał jednak zbyt długo. Po tragicznej śmierci obrońcy Antonio Puerty w sierpniu 2007 coś w Sewilli pękło. Nie była to już ta sama drużyna, choć nadal prezentowała się przyzwoicie. Chwilowe zawirowania okazały się jednak zbyt trudne dla szkoleniowca, który otrzymawszy propozycję poprowadzenia angielskiego Tottenhamu, zostawił Sewillę w środku ciężkiego sezonu. Dziś zapewne jego decyzja byłaby inna, bowiem po roku spędzonym w Anglii nie zrobił choćby najmniejszego kroku do przodu. „Spursi”, którzy mieli walczyć o miejsce w pierwszej czwórce Premier League, zaczęli walczyć o utrzymanie się w lidze. „Pięć minut” Ramosa w Anglii dobiegło końca.

Ale jego trenerski autorytet nie uległ pomniejszeniu. Szczególnie w rodzimej Hiszpanii, gdzie zaraz po zwolnieniu otrzymał propozycję z wielkiego Realu Madryt. Z oferty oczywiście skorzystał w imię powiedzenia, że Realowi się nie odmawia. Już wczoraj zadebiutował, od razu w Lidze Mistrzów w której Królewscy mają już awans z grupy zapewniony. Na „dzień dobry” Juande pokonał Zenit Sankt Petersburg 3:0.

Mnie jednak poważnie zastanawia, czy Ramos jest najlepszym kandydatem na stanowisko trenerskie akurat Realu. Szkoleniowiec to choć wybitny, to potrzebujący czasu do budowy zgranego, kompletnego teamu. W Madrycie Juande dostanie z pewnością wszystko... właśnie prócz czasu. Kontrakt podpisał jedynie do czerwca 2009, co już daje pretekst do równie szybkiego zakończenia, co rozpoczęcia z nim współpracy. Ponadto pisze się o jego dość dużej nieustępliwości, co w zderzeniu z gwiazdami Realu może doprowadzić do wybuchu wewnętrznych konfliktów. Bo jeśli Real nie zacznie od jutra zwyciężać mecz za meczem z iście galaktycznym kunsztem, konflikt i tak jest nieunikniony.
czwartek, 11 grudnia 2008, caspper