Blog Kacpra Strykowskiego. O emocjach piłkarskich...







Odwiedzin na blogu:

web stats stat24
Blog > Komentarze do wpisu
Reprezentacja wraca na ziemie
Chociaż syndrom „drugiego meczu” okazał się ostatecznie żywy, to przez 85. minut polscy kibice byli przekonani, że kolejne trzy punkty mamy w kieszeni. Byli tego pewni od 70. minuty, kiedy Brożek podał, a Smolarek dołożył nogę. Było 1:0, lecz zamiast opanowania i zimnej kalkulacji, zobaczyliśmy wielki chaos. Wyrównująca bramka dla Słowaków mogła paść już znacznie wcześniej. Broniło nas jednak do pewnego momentu szczęście. Prysło z chwilą wypuszczenia z rąk piłki przez Artura Boruca. Druga bramka to już tylko efekt psychicznego podłamania się naszych.

Błąd naszego bramkarza „numer jeden”, bramkarza, który zaliczany już od kilku sezonów jest do ścisłej czołówki światowego futbolu, jest niekwestionowany. Pozornie prosta, przewidywalna piłka przeleciała mu przez ręce, odbiła się się stopy i wpadła wprost pod nogi Sestaka. Na minuty przed końcem dostaliśmy więc cios, którego choć można się było spodziewać, to i było trzeba uniknąć. Rzadko się jednak zdarzają tak karykaturalne sytuacje golkiperowi Celticu i ewentualna fala krytyki, jaka może się w mediach po tym meczu wylać, będzie co najmniej niesprawiedliwa. Zależy to oczywiście od sposobu oceny sytuacji, bo jeśli chcielibyśmy dwie, trzy sekundy wyciąć z całego dotychczasowego biegu wydarzeń, to owszem, Boruc byłby nazwany frajerem. Tego się jednak nie robi. Choć oczywiście w sporcie patrzeć należy tylko w przyszłość, to jednak w tym wypadku nie należy zapominać o przeszłości. O punktach straconych, o bramkach puszczonych, o kompromitacjach doszczętnych. Wszystko to miałoby miejsce wielokrotnie, gdyby nie Polak. Tak więc w obliczu mnóstwa sytuacji, w których „The Bhoy” nas ratował, należy raczej przemilczeć wpadkę koszmarną.

Nie Boruc winien stać się bohaterem meczu, a... no właśnie, kto? Po meczu z Czechami nie mieliśmy tego problemu, bo o ile cała drużyna zagrała mecz równy i zawodowy, to pośród dobrego poziomu mógł wybić się na jeszcze lepszy np. Kuba Błaszczykowski. Oglądając dzisiejszy mecz, żadnego bohatera nie widzieliśmy. Kuba starał się tak samo, ale to Słowacy odrobili zadanie domowe w sposób perfekcyjny, podwajając i potrajając na nim krycie w sytuacjach zagrożenia. Kuba był zresztą pilnowany na całym placu gry. Gdzie by się nie znalazł, czyhało przy nim dwóch defensorów. To oczywiście respekt, bo tak intensywne krycie stosuje się dzisiaj tylko przeciwko zawodnikom prawdziwie wybitnym. Błaszczykowskiemu udało się przedrzeć właściwie tylko raz, w 40. minucie dostał podanie od Majewskiego, uderzył jednak ponad bramką.

Tak jak się obawialiśmy, jak uczyło doświadczenie – ten mecz okazał się trudniejszy, okazał się bardziej znaczący od pierwszego. Być może ta sama pierwsza jedenastka (zmiana jedynie Wojtkowiaka w miejsce Wawrzyniaka) była przemęczona? Być może zabrakło motywacji na 65-ty zespół rankingu FIFA? Być może miał racje Vladimir Weiss, trener Słowaków, mówiąc o nieskonsolidowanej, polskiej obronie? A być może Leo jednak się myli? - Nie byłoby tych wszystkich pytań, wątpliwości coraz bardziej nudnych i dziecinnych, gdyby nie życiowa i piłkarska nieprzewidywalność. Zupełnie inaczej brzmiałyby czwartkowe tytuły informatorów sportowych, zupełnie inne pytania byłyby zadawane. Cały mecz zostałby oceniony pozytywnie, gdyby nie jego felerna końcówka. Bo o ile Polacy znów zagrali zwykły, typowy dla siebie mecz w którym znów nie dochodziły do nogi czterdziesto metrowe podania, to aspektów optymistycznych moglibyśmy nazbierać.

By nie wychwalać przegranego, podzielę się jedynie obserwacją dotyczącą ataku. Ten oczywiście dla polskiej reprezentacji wciąż pozostaje mankamentem większym w moim mniemaniu do tego obronnego. Dawno bowiem nie mieliśmy napastników zgranych, współpracujących na tyle, by bramki nie tylko pozorować, ale przede wszystkim strzelać. Mimo iż pojawiały się pojedyncze nazwiska takie jak Smolarek czy Matusiak, nie działali oni nigdy jak jeden zgrany kolektyw. Współpracującego dzisiaj tego pierwszego z wiecznie nowym Brożkiem oceniłbym znów pozytywnie. Choć Ebi tak naprawdę niczym szczególnym się nie wyróżnił (w pierwszej połowie zaabsorbowany był zupełnie atakami, które niestety niewiele przynosiły korzyści, w drugiej dopiero  więcej się cofał, co kilkakrotnie zaowocowało uratowaniem zmasowanych ataków przeciwnika), to jednak Ebi strzelił jedyną dla Polski bramkę. Musiał pojawić się w miejscu, do którego podał Brożek. Zawodnik Wisły Kraków z kolei po raz kolejny udowodnił, że postęp poczynił. Nawet gdyby miał to być postęp skromny, to jednak pewności siebie, zdecydowania, przybyło mu znacznie. Dodajmy jeszcze młodego Lewandowskiego, starszego (choć reprezentacyjnie równie młodego) Sosina oraz ofensywnych pomocników takich jak: Błaszczykowski, Guerreiro czy Majewski, a wychodzi nam ofensywny skład, który choć nie musi, to może wstrzykiwać optymizm. Wszyscy są dla reprezentacji świeżą alternatywą, szczególnie w stosunku do starych wymiataczy, którzy jeszcze do Euro08 miejsce w kadrze mieli przyznane z nazwiska. Wszyscy już dzisiaj grają razem, co może w przyszłości zaowocować pewną postawą atakujących. Ci ludzie mogą niedługo decydować o pisaniu nowej historii polskiej piłki.

Ale na razie zostańmy przy faktach: Polska ma na koncie 7. punktów. Miejsce lidera musiała ustąpić właśnie Słowacji, która w tym momencie punktów ma 9. Szkoda to wielka, bo po dzisiejszym spotkaniu mieliśmy spokojnie zapaść w reprezentacyjny, zimowy sen, ze spokojem lidera grupy. Tymczasem musimy się martwić o dalsze losy w grupie 3., - jest to już drugi nasz błąd, który oby nie kosztował nas zbyt wiele w przyszłości.
czwartek, 16 października 2008, caspper