Blog Kacpra Strykowskiego. O emocjach piłkarskich...







Odwiedzin na blogu:

web stats stat24
Blog > Komentarze do wpisu
Orzełku, znowu wstałeś


Po tym wydarzeniu znów budzącym nadzieje, zatrzymującym falę spotkań beznadziejnych, pokazującym, że Polak gdy chce, to naprawdę potrafi – zastanawiam się: dlaczego polska reprezentacja piłkarska robi swoim kibicom stale kawały spychające ich w emocjonalne skrajności. Dlaczego podchodząc do meczu z drużyną wyszkoloną i zorganizowaną potrafimy zagrać mecz na prawdziwie championskim poziomie, a zaraz potem w fatalny, amatorski wręcz sposób zremisować z ekipą europejskich outsiderów?

Leo Beenhakker opowiada nam już od dawna historię podobną do tej, o mentalności rodem z ciemnej strony księżyca. Tym razem prawi o wyrównaniu się poziomu drużyn reprezentacyjnych i ligowych. Jakoby San Marino stawało się reprezentacją stabilną, walczącą dzisiaj już coraz częściej o punkty, a nie mniejszą wygraną, i jakoby przed meczem ze Słoweńcami, nie należy pochopnie dopisywać sobie trzech punktów. Powiemy raczej, że Holender skrajnym realistom jest, nie dającym się unieść choćby nucie emocji i wiary. A statystyki chowa w kieszeń. Powiemy tak do momentu, w którym Chorwacja wyeliminuje z gry o Euro Anglię, Polska w tym samym boju pokona Portugalię, a cypryjskie Anorthosis Famagusta zdeklasuje w fazie grupowej Ligi Mistrzów Panathinaikos Ateny. Po szeregu wydarzeń takich jak to dzisiejsze, w którym Polska znów pokonała Czechy, tym razem 2:1, okazuje się, że Leo (znów) miał rację.

Choć w tym konkretnym wypadku nie świadczy to bynajmniej na naszą korzyść. Ale mało to istotne podczas gdy trzy punkty mamy dziś w kieszeni. Można więc spokojnie analizować wypadki. Oto zajmująca obecnie 30. lokatę w rankingu FIFA reprezentacja Polski, pokonuje zajmującą w tymże rankingu lokatę 8. reprezentację Czech. Oto zawodnicy czołowych europejskich potęg piłkarskich, ustępują miejsca rezerwowym piłkarzom co najmniej drugiej ligi europejskiej. Taka „druga czołówka” międzynarodowa, coś na wzór pucharu UEFA, stawianym obok Ligi Mistrzów. Sukces smakuje, jednak ma się to wrażenie, że dzisiaj jest to drugi plan, że spojrzenia milionów zwrócone są na finał Pucharu Europy. Dodajmy do tego, że Polak od lat sukcesu nawet w tej „drugiej lidze” zaliczyć nie może, i oto mamy pobieżny status rodzimego kopacza.

Ale dzisiaj wolałbym wyrazić się w innym tonie. Szczególnie dlatego, że okazji do odegrania sławionego hymnu brakuje nam strasznie. Częściej możemy pokpić, spuścić głowę, czy zwyczajnie machnąć ręką – to opcja dla mniej cierpliwych. Mało natomiast boiskowych wydarzeń, które aż proszą wypiąć dumnie polską pierś przed zachodnioeuropejskimi narodami, przed tłumami, dla których zwycięstwo to już chleb powszedni, a dla których porażka jest mniej więcej tym, czym dla nas byłoby historyczne zwycięstwo nad Anglią. Tak bardzo cieszy nas triumf i przyzwyczaja porażka, że chcemy dzisiaj chwalić i chwalić naszych Orzełków. A jak mało kiedy, dziś jest za co.

Oglądając spotkanie wspólnie z przyjaciółmi, stwierdziliśmy, że spokojnie można by odnaleźć wspólne cechy w grze naszych piłkarzy dzisiaj, z datą 11 października 2006, kiedy ogrywaliśmy w Chorzowie Portugalię. Gdy jednak mecz się zakończył, triumfatorskie emocje opadły, a ich miejsce zajęła trzeźwa analiza, doszedłem do wniosku, że te dwa spotkania były absolutnie odrębne, a jedyne co je łączy, to wynik. Wracając pamięcią do Portugalii widziałem absolutną dominację „naszych” nad piłkarskimi artystami, taką „europejską Brazylią”. Polacy prezentowali się wówczas lepiej pod każdym kątem, od zorganizowania, przez prawdziwie wojenną motywację, kończąc na indywidualnych, mini-triumfach. Dryblingi Bronowickiego, ofensywne zapędy Golańskiego i wymierzenie sprawiedliwości przez Smolarka to to, co chcielibyśmy oglądać wciąż na nowo. Dwa lata temu wszystko wyglądało jak dzieło dokończone, jak mechanizm pracujący efektownie i z efektywnym skutkiem. Na tle późniejszych potyczek, cóż, można powiedzieć, iż to był piłkarski artyzm.

Patrząc na dzisiejszą wymuszoną zgraną grę Dudki - grywał na różnych pozycjach, ale na środku obrony akurat najmniej - z doświadczonym Żewłakowem, który z kolei sukcesywnie przesuwany jest ze skrajnie lewej obrony, coraz to bardziej na prawą, widziałem nie poezję, a inżynierię. Dzikie, momentami fanatyczne ataki Kuby Błaszczykowskiego nadawały temu zgranemu urządzeniu egzystencjalną naturę, która w sposób widowiskowy dała nam dzisiaj zwycięstwo. Równy powrót do kadry Wasilewskiego po kontuzji, udany występ drugiego w kadrze Lewandowskiego, całkiem dobrze wyuczona defensywna gra Rogera i cicha pracowitość Murawskiego sprawiły, że perspektywiczna ekipa ze średnią wieku 26 lat, pokonała południowych, starszych faworytów.

Pytanie tylko, czy mecze takie jak ten dzisiejszy, powinny napawać nas optymizmem przed kolejnymi bojami o Mistrzostwa Świata, czy raczej powinniśmy nabrać podwójnego dystansu. Bo uczy nas tak doświadczenie. Szeregu dobrych, równych meczy z naszej strony nie widzieliśmy dawno. Kto wie, czy taka pewna postawa naszej reprezentacji, to jeszcze nie czasy świetności Żurawskiego z Frankowskim. Dlatego wbrew temu, że rozsądek mówi: w środę ze Słowacją wygramy, a hej! - wbijam sobie do głowy, że poziomy się wyrównują, a nam stabilności brak. Po dobrym... po bardzo dobrym spotkaniu Polski z Czechami, kto wie, co nadejdzie z teoretycznie słabszymi Słowakami?rze
niedziela, 12 października 2008, caspper