|
Odwiedzin na blogu: |
Blog > Komentarze do wpisu
Moralna zgnilizna PZPN-u
Obserwując wielomiesięczny (wieloletni?) spór pomiędzy PZPN-em a polskim rządem zaczynam przyzwyczajać się już do kolejnych odcinków pt. „Co nam grozi, a co jednak nie grozi” ze strony międzynarodowych organizacji piłkarskich za włażenie z butami w futbol polityków. Początkowo dramatycznie brzmiące groźby, które uświadamiały nam w jak odległym cywilizacyjnie piłkarskim państwie przyszło nam kibicować, dzisiaj przestają już robić jakiekolwiek wrażenie. Nawet tak poważne, jak możliwość odebrania Polsce organizacji Euro 2012. Swoją drogą: ciekawe kto wtedy poprowadziłby tą imprezę do spółki z Ukrainą?
Nawet Donald Tusk wypowiedział się w sprawie stanowczo i konkretnie. Oznajmił topiącemu w Euro swe nadzieje na udowodnienie światu, że to my jesteśmy, że tu jest Polska (!) społeczeństwie, że nawet mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata poświęcić warto za cenę walki z korupcją. Walki, która co dodać trzeba, toczy się na łamach opinii publicznej już od lat kilku. Toczy, lecz stoczyć nie może. Od roku 2005, kiedy to Piotr Dziurowicz, prezes GKS Katowice, wywiadem dla Gazety Wyborczej pokazał światu po raz pierwszy ciemną stronę naszego piłkarskiego księżyca, aż do dziś, czytamy o kolejnych zatrzymanych, świadkach, incydentach. Czytamy o problemie, który jest, słuchamy o tym, jak z nim walczyć. Niestety tylko słuchamy. Ale zanim jakąkolwiek dyskusje rozpoczniemy, należy zadać pytanie, kiedy ten proces się zaczął, a jeśli – co wielce prawdopodobne – zaczął się tak dawno, że nie sposób dziś sądzić kogokolwiek, to: kto przymykał oczy, kto przyzwalał i kto brał udział w procederze korumpowania piłki nożnej w ostatnich latach? Warto to pytanie zadać również dlatego, że prominenci związku za czasów rozkwitu największych afer, wciąż pozostają w strukturach władzy. Wszystkie stojące na przeszkodzie sportowego ducha walki incydenty miały miejsce za ich panowania w królestwie. Czyż nie winno się osądzić króla? - Póki co król (nie)sądzi się sam, robiąc medialną, dobrą minę do złej gry. Informuje, że z korupcją się walczy, walczy, walczy... Tymczasem chory organ sam się nie wyleczy. Dotknięty permanentną klęską braku prawidłowych zwyczajów, ani siebie, ani nikogo innego nie uzdrowi. Chorego musi leczyć ktoś świadomy i obiektywny – lekarz. Tym razem aferka wybuchła po ponownych pretensjach ministra sportu Drzewieckiego Mirosława do Polskiego Związku Piłki Nożnej o nieefektywne działania antykorupcyjne. Już sama pretensja obrazuje nam, że zupełnie stoimy w miejscu, nie rozwiązując żadnych problemów od zaraz. Te same pretensje były bowiem stosowane już ponad dwa lata temu z rąk poprzedniego jeszcze rządu. Wówczas prawiący o jednej, przypadkowej, korupcyjnej czarnej owcy Michał Listkiewicz stwierdził, że z korupcją walczyć winny organy prokuratorskie. Jego związek zajęć ma innych od groma i zawracać sobie głowy „incydentem” nie ma sensu. Dzisiaj wiemy już, że incydent to to nie był, a raczej wszechogarniająca plaga, której wylot na światło dzienne najwyraźniej był nie w smak m. in. właśnie prezesowi. A może właśnie, przede wszystkim jemu zależało na maskowaniu problemu. Bo jeżeli prawdziwego mężczyznę poznajemy nie po tym jak zaczyna, a jak kończy, to Listkiewicz skończyć swą dyktaturę zwyczajnie chciał z honorem. Nie życzył sobie z pewnością, by jego trwająca już niemal dekadę władza, kojarzona była przez opinię publiczną jedynie z hodowaniem światka przestępczego. Znacznie milej przeczytać w mediach o cudotwórcy, któremu udało się po wielu szczuplutkich latach wprowadzić reprezentację dwukrotnie do Mistrzostw Świata i jednokrotnie Europy. Kto wie, może jednak postawią ten pomnik? Pamiętamy doskonale styczeń ubiegłego roku w którym to minister Lipiec również wprowadził do związku kuratora. Sprawa odbiła się nie mniejszym echem, niż dziś tego powtórka. Polska o włos nie została zawieszona w prawach członkowskich FIFA, a ówczesne komentarze spokojnie można by przekopiować do dzisiejszych medialnych newsów: „Mam świadomość, że FIFA może zawiesić polską federację. Jednak ten wrzód w PZPN trzeba było już przeciąć. To jest kpina, co działo się w ostatnich miesiącach w związku. Mimo apeli ministra sportu Tomasza Lipca nowy statut wciąż nie został przesłany do rejestracji w sądzie. Poza tym władze związku nie robiły nic konkretnego, aby walczyć z korupcją w naszym futbolu. Szczytem wszystkiego było wreszcie zatrzymanie i postawienie zarzutów korupcyjnych prominentnej postaci PZPN, znanemu obserwatorowi i komentatorowi telewizyjnemu - Witowi Ż. A przecież wcześniej zatrzymano i postawiono zarzuty korupcyjne ponad 60 osobom związanym z naszą ligową piłką.” - to podniosły komentarz ówczesnego kuratora, Andrzeja Rusko. Tak samo jak wtedy, i dziś „wrzód ten w PZPN trzeba przeciąć”. Tylko dlaczego przez ostatnie półtora roku nie zrobiono nic, stale przyjmując te same tłumaczenia ze strony związku, że teraz to już na pewno zawalczymy z tą korupcją. Wiemy już dzisiaj, że meczy eliminacyjnych poświęcać za tę walkę nie trzeba. Rząd dogadał się z prezesem Listkiewiczem dzięki tajnemu projektowi zmian. Zaczynam się obawiać tylko, dlaczego projekt walki z przestępczością zorganizowaną, którą wyplenić z świata futbolu chcą wszyscy polscy kibice, jest tajny? - Odpowiedzi znajduję dwie: (a) tajność jest konieczna dla przeprowadzenia efektywnych działań, (b) nie znajduje się w nim nic nowego, nic, co mogłoby znów rzucić ochłap nadziei, że może tym razem już naprawdę... Jeśli przyjąć odpowiedź pierwszą, zaraz pojawia się pytanie kolejne: co sprawiło, że PZPN właśnie teraz przejrzał na oczy, spojrzał na swą grzeszną dusze i wiernie chce odpokutować najlepiej podaniem się do dymisji. Nie samego prezesa ma się rozumieć, a zarządu przesiąkniętego wielkim układem sięgającym swymi mackami aż po rozgrywki lig regionalnych. Opcja w istocie optymistyczna bez względu na odpowiedź, jednak mało kto chyba dzisiaj już w nią wierzy. Zbyt mocno przylgnęła PZPN-owi łatka zatwardziałego, zakłamanego i kryjącego wojujących łapówkarzy ogniwa, które nie wiedzieć czemu, świetnie się czuje w moralnej zgniliźnie. Znacznie bliżej mi do odpowiedzi drugiej, która nie wyklucza wydania kilku mniej znaczących pionków w imię przetrwania trzonu układu. „Beton” musi przetrwać, by po wyborach mógł na nowo porozstawiać pionki wg swoich interesów. Wizja to pesymistyczna, ale czy widzi ktoś dzisiaj realną drogę rozbicia PZPN-owskiego układu? Prędzej trzeba nam go zaakceptować, mając przy tym nadzieje, że wizje futbolowego rozwoju będzie realizował chociażby dla własnych potrzeb medialnego wizerunku. wtorek, 07 października 2008, caspper
|