|
Odwiedzin na blogu: |
Blog > Komentarze do wpisu
Trenerskie koleje po Euro
Piłkarski świat na wakacjach. Jednak agenci piłkarzy i trenerów w pracy. Negocjują kontrakty swoich klientów. Podsumowanie zawodniczych targów odłóżmy na potem, przynajmniej do zakończenia letniego okienka transferowego. Na razie warto przyjrzeć się rotacją trenerskim jakie już w kilku dni po Euro możemy zaobserwować. Choć na wielkie transfery się nie zapowiada, może być ciekawie.
Na pierwszy ogień dwie reprezentacje, które – biorąc pod uwagę przed turniejowe oczekiwania - rozczarowały najbardziej. Dwie reprezentacje, które nasuwają się same, mistrz i wicemistrz świata – Włochy i Francja. Od zawsze były to ekipy z większymi osiągnięciami na arenie globalnej, niż tej europejskiej. Statystyki coś o tym mówią, np. Włochy mistrzostwo świata zdobywały czterokrotnie (!), mistrzostwo Europy tylko raz w '68 roku. Do europejskiego turnieju nie zakwalifikowali się aż pięć razy. Brali w nim udział siedmiokrotnie. Francja tytuł mistrza świata zdobyła co prawda tylko raz, ale było to stosunkowo niedawno, choć dziesięć lat to w sporcie wieczność. Widzieliśmy to jednak na własne oczy, więc wrażenie pozostaje ciągle żywe. Pięciokrotnie jednak zajmowali miejsce na podium. Do mistrzostw Europy nie zakwalifikowali się dwukrotnie. Mają na swym koncie dwa tytuły mistrzowskie. Włosi od 2004 roku prowadzeni byli przez Marcello Lippiego. Z tym doświadczonym trenerem zdobyli dwa lata temu mistrza świata, jednak po imprezie Lippi zrezygnował. Chciał wówczas odejść w chwale, nie ryzykować ewentualnych późniejszych porażek, które zakłóciłyby jego opinię zwycięscy. Na jego miejsce trafił więc Roberto Donadoni – szkoleniowiec znacznie mniej doświadczony, właściwie bez większych sukcesów. Był natomiast fantastycznym pomocnikiem w AC Milan. Z reprezentacją udało mu się awansować na turniej europejski, a w finałach ledwie udało się awansować z grupy. W ćwierćfinale zostali pokonani w karnych przez późniejszych zdobywców pucharu Hiszpanów. Ostatnie dwa lata trenerskiej pracy Donadoniego zostały po turnieju ocenione negatywnie. Rozwiązał on swoją umowę z Włoskim Związkiem Piłki Nożnej (FIGC) w dosyć nieprzyjemnej atmosferze związanej z finansami. Kilka dni pojawiła się niespodziewana decyzja o powrocie na stanowisko selekcjonera Marcella Lippiego. Nikt się tego nie spodziewał, Związek zaskoczył naprawdę wszystkich. Ciężko też powiedzieć czym sugerował się Lippi podejmując decyzje o powrocie. Już teraz spekuluje się o kilku zawodniczych powrotach do kadry. Chodzi głównie o osoby będące z Donadonim w konflikcie. Zdecydowały się one zakończyć karierę reprezentacyjną. Teraz jednak te kwestie nabierają nowego światła. Być może więc zawodnicy zmienią zdanie. Zresztą całe Włochy są znów optymistycznie nastawieni. Wraz z odejściem trenera odeszły też ponure nastroje związane z kiepskim występem na mistrzostwach. Panuje tam fantastyczna, sportowa atmosfera spoglądania w przyszłość. Brakuje tego szczególnie nam, w Polsce, gdzie głowy wiecznie odwrócone mamy ku przeszłości. A Francja? Również w 2004 roku posadę objął Raymond Domenech. Z tą jednak różnicą, że był on już wtedy trenerem ze stażem. Może nie był tak znany na arenie międzynarodowej, można by powiedzieć, że to taki „polski Michał Globisz” (trener reprezentacji do lat U-20). Również Domenech pracował z młodzieżówką. Spędził z nią wiele, bo jedenaście lat. Z kadrą seniorów awansował na MŚ w Niemczech i zawędrował aż do pamiętnego finału w Berlinie. Tam co prawda w głównej roli wstąpił Zinedine Zidane wraz z włoskim obrońcą Marco Materazzim, ale zasługi Domenech również zostały w kraju docenione. Choć zawsze był zawodnikiem dosyć specyficznym, lubiącym się wyróżniać w przedziwne sposoby i przypadłość ta pozostała do dziś, jest trenerem z charyzmą. Fakt wywalczenia wicemistrzostwa świata świadczy o jego profesjonalizmie najlepiej. Jednak ostatnie Euro nie było już tak udane. Francja po fatalnym występie i zdobyciu zaledwie jednego punktu w grupie, szybko pożegnała się z imprezą. Na Domenecha był już wymierzony wyrok, a jednak został on uratowany. Dzisiaj zostaliśmy poinformowani, że przedłużył on umowę do 2010 roku, czyli do finałów MŚ w RPA. W związku z tym, że nie tak dawno pisałem tekst „Dlaczego Holandia powinna wziąć Hiddinka”, kolejną reprezentacją jaka przychodzi mi na myśl pod kątem trenerskiej analizy jest właśnie ta z kraju wiatraków i tulipanów. Młodym pokoleniom kojarzy się ona z trenerem Marco van Bastenem. W 2004 roku przejął on kadrę reprezentacyjną. Gdy pisać o nim jako o trenerze, właściwie brakuje słów, ale nie z zapierającego dech w piersiach zachwytu, a braku jakiegoś sensownego punktu odniesienia. W roli trenera van Basten zadebiutował bowiem dopiero w roku 2003 (!) jako szkoleniowiec drugiej drużyny Ajaxu Amsterdam. Rok później, niespodziewanie został wybrany na selekcjonera reprezentacji Holandii. Jego kariera szkoleniowa jest więc niezwykle uboga. Wiemy już jednak, że teraz - gdy Holandia z Euro odpadła – złożył dymisję i pracę trenerską kontynuował będzie w Ajaxie – tym razem w roli pierwszego trenera. Holenderska federacja podjęła zaś decyzję o zatrudnieniu w jego miejsce Berta van Marwijka. Nazwisko nieznane, chyba, że ktoś dociekliwie śledzi holenderski futbol. Ma on jednak na swoim koncie kilka sukcesów, głównie klubowych. Zdobył wicemistrzostwo kraju oraz Puchar UEFA, pierwsze od dwudziestu ośmiu lat trofeum międzynarodowe w historii Feyenoordu Rotterdam. Następnie był trenerem Borussii Dortmund i ponownie Feyenoordu. Mimo to – kandydat od Hiddika skromniejszy. Może to i lepiej? To, że sam Hiddink w Rosji pozostaje wiemy nie od dziś, dlatego ostatnią z obcych reprezentacji jakiej chciałbym poświęcić słowo jest Turcja. Królujący tam Fatih Terim urósł do miana prawdziwego bohatera. Jego kompetencje nigdy zostały w kraju poważone, przeciwnie – zawsze był tym, z którego opinią trzeba się zgadzać lub co najmniej liczyć. Współpracował z kadrą już w latach 1993-96, wówczas udało mu się doprowadzić Turcję do mistrzostw Europy, jednak wszystkie spotkania przegrał. Właściwie by najlepiej przybliżyć jego sylwetkę, posłużę się fragmentem tekstu Michała Pola: "W 1996 roku wprowadził Turcję na mistrzostwa Europy. I choć drużyna zakończyła turniej trzema porażkami, Terima nadal traktowano jako bohatera, uznając awans za największy sukces w historii tureckiego futbolu. Z Galatasaray wygrał cztery mistrzostwa kraju z rzędu i doprowadził do największego sukcesu w tureckim futbolu klubowym - w 2000 roku zdobył Puchar UEFA, bijąc w finale Arsenal Arsene Wengera. Drużyna Terima kończyła spotkanie w dziesiątkę - czerwoną kartkę dostał słynny Gheorge Hagi. Ale piłkarze Galatasaray ani na chwilę "nie opuścili głów". Odszedł do Fiorentiny. Agresywny styl gry przyniósł mu uwielbienie fanów, zwłaszcza że drużyna wygrała na początku sezonu z Milanem 4:0 i zremisowała na wyjeździe 3:3 z Juventusem. Ale pod koniec sezonu Turek pokłócił się z prezydentem klubu, Vittorio Cecchim Gorim i ogłosił, że nie przedłuży kontraktu. Latem 2001 roku objął AC Milan. Zmienił system gry na ofensywne 4-3-1-2 z Rui Costą jako rozgrywającym. Ale chciał rządzić jak w Stambule. Nie zgadzał się, żeby właściciel Silvio Berlusconi wchodził do szatni, kiedy ma na to ochotę. Po zaledwie pięciu miesiącach został zwolniony. Przez telefon, co było dodatkowym upokorzeniem. Wrócił do Galatasaray, ale trafił na kryzys finansowy. Jego życzenia transferowe nie zostały zrealizowane. Drużyna przegrała walkę o tytuł z Besiktasem, a w kolejnych latach nawet o Ligę Mistrzów. W 2005 zgodził się objąć reprezentację, choć musiał się zmierzyć z wynikiem Senola Günesa, który na mundialu w Japonii i Korei wywalczył trzecie miejsce. Jego pensja stała się przedmiotem debaty w parlamencie. Posłowie Kurdyjskiej Partii Demokratycznej kwestionowali jej wysokość, bo 103 tys. dol. miesięcznie to 130-krotność średniej krajowej. Choć nie zdołał wywalczyć awansu na mundial w Niemczech, nie zmniejszyło to ani uwielbienia kibiców, ani zaufania piłkarzy. Wyjeżdżając na Euro 2008, nie obiecywał sukcesu. - Zjednoczeni, grając zawsze do końca i czując wsparcie narodu, możemy pokonać każdego – zapowiedział." Jest więc Terim tureckim autorytetem na miarę tego holenderskiego – Johana Cruijffa. Na koniec zostawiłem sytuację trenera polskiej reprezentacji – Leo Beenhakkera. Choć zachowanie przez niego stanowiska jest pewne, to burzę wywołuje masa innych kwestii. Chodzi między innymi o jego asystentów. Zdaniem PZPN powinni to być sami Polacy, i Leo właśnie z nimi powinien konsultować wszystkie decyzje. Ponadto powinien nam Holender wyhodować swojego następcę, kogoś, kto po MŚ w 2010 roku mógłby kontynuować jego pracę, jego koncepcję gry. Dotąd było nieco inaczej. Na Euro kamery dokładnie pokazały, że decyzje Beenhakker konsultuje z Fransem Hoekiem – trenerem bramkarzy, a dotychczasowi asystenci Kaczmarek, Nawałka czy Urban siedzą na ławce rezerwowych bezczynnie. Decyzje jakie zostały dzisiaj podjęte, mówią o tym, że Holender w najbliższych dniach otrzyma listę proponowanych przez PZPN kandydatów na asystentów, a tym samym ewentualnych jego następców. Spośród nich wybierze asystenta, którego będzie przygotowywał do samodzielnej pracy z kadrą. Leo w Polsce nigdy nie miał łatwo. Spierać musi się nieustannie z przedstawicielami „polskiej myśli szkoleniowej”, którzy byli i są przeciwnikami jego zatrudniania. Dzisiaj pozbyć się go nie mogą, starają się więc jak najbardziej utrudnić mu warunki pracy. Wszystko to jest zbyt dostrzegalne, by wierzyć, że tak nie jest. Pozostaje jednak fakt, że innej, lepszej kandydatury na selekcjonera nie ma. Pomimo fatalnego występu Polaków na Euro, pomimo, pomimo... czwartek, 03 lipca 2008, caspper
|